Facebook. Powiedziano o Facebooku tak wiele rzeczy, że nawet to zdanie wydaje się być niemałym powtórzeniem. Wszyscy wiemy, że korzystanie z Facebooka jest głównie marnowaniem czasu. Każdy jest przekonany, że Facebook nie zastąpi prawdziwych relacji i nie jest wstanie nam zapewnić prawdziwego życia. Skąd to wiemy? Z Facebooka właśnie.
Długo myślałem nad tym tekstem i podczas moich rozmyślań zauważyłem pewien ciekawy paradoks. Z jednej strony bałem się, by upodobnić się do reszty mówiąc o nim w żartobliwy, uszczypliwy sposób. Bałem się, pominąć fenomen całej sytuacji. Z drugiej natomiast strony obawiałem się, aby nie pisać zbyt wyniosłe jak na niegroźnego, niebieskiego potwora. Wiele ludzi ocenia innych po tym, czym dzieli się na Facebooku i przywiązuje uwagę, do tego jak kreuje swój wizerunek na tej stronie. Mimo to wypierany się tego, że Facebook nas w pewień sposób określa w jakikolwiek znaczący sposób. Może czas odrzucić obawy w związku z posądzeniem nas samych o przesadę i odrzucić skrywane tendencje chroniące naszą samoocenę. Być może pytanie o Facebooka jest pytaniem o nas samych?
Z uwagi na przytoczoną powyżej refleksję nie spodziewajcie się ode mnie ukoronowanie tego problemu jakimś spójnym podsumaniem. Nie uzurpuje sobie możliwości ani tym bardziej kompetencji, aby całą grupę szeroko rozumianych twórców, osób szerzących swoje poglądy oraz gusta i oczywiście moich znajomych określić jednym zwięzłym twierdzeniem.
Właśnie wróciłem do pisania tekstu po papierosie. Znowu miałem posmak kiepa w ustach przepiłem go wodą i parze sobie właśnie kawę, aby zakryć aromat tytoniu w ustach. Zastanawiam dlaczego to znowu zrobiłem. Po co to o tym napisałem? Właściwie niepotrzebnie choć zostanie to w internecie na zawsze. Czy coś to o mnie mówi? Pewnie tak. To może być zupełnie tak jak z twoim postem na Facebooku.
Być może zdarzyło Ci się usłyszeć o naukowcu, który opracował algorytm umożliwiający przy odpowiedniej liczbie postów danego człowieka określić jego portret psychologiczny lepiej niż najbliższa jej osoba. Domyślam się jedynie, że działa to na zasadzie współzaleśności danych postów, ich rodzaju i okoliczności z cechami charakteru. Weźmy za przykład mnie. Zdarza mi się polubić photo-modelki, na moim profilu figuruje Helmut Newton choć w ogóle nie dziele się jego zmysłową fotografią. Sporadycznie również udostępniam zdjęcia reklamujące ubrania. Być może preferuje właśnie ten rodzaj stylizacji i budzi on we mnie jakieś emocje. Jednocześnie mogę być zbyt skryty i nieśmiały, aby się tym otwarcie afiszować. Zbyt osobiste? Ależ skąd. Te informacje są dostępne dla każdego. To że nikt nie ma wbudowanego w mózg programu analitycznego nie znaczy, że pewne sugestie i opinie zgodne lub nie z rzeczywistością powstają niemalże bezwiednie. Dlaczego twoje posty różnią się tak bardzo od tych pokazywanych po południu od tych udostępnianych o późnym wieczorze? Podzieliłeś się właśnie tym obrazem, tym utworem, tylko tym komentarzem z konkretnego powodu. Nie zwracasz na to uwagi? Jakie to ma znaczenie? Nie myślisz na ten temat również z jakiejś przyczyny.
Choć zwykle (zwykle) daleki jestem od jakiejkolwiek kąśliwej krytyki, to pewnych ludzi oceniłbym bez chwili namysłu jako naiwnych. Ci ludzie wojujący zaciekle o swoje szczytne idee, by zmienić świat i uświadomić wrogich sobie oportunistów. Publiczna dyskusja większości z nich ogranicza się do polubień prześmiewczych memów. Dlaczego chcesz mnie wyśmiać, a nie przekonać publikując jakiś ciekawy artykół? Mam przeczucie, a mogę się mylić, że nie przez ten wzniosły cel, a przez podkreślenie swoich emocji i chęć przynależności. Ustanowiłem sobie, moim zdaniem bardzo dobrą zasadę. Nie pisze nic w internecie, czego obcej sobie osobie nie powiedziałbym w twarz. Tym sposobem jestem na wygranej pozycji podejmuje tylko to ryzyko jakiego jestem w sposób absolutny się podjąć i ponieść za nie pełną odpowiedzialność. Może się zbyt się chwalę, ale powiedzmy sobe otwarcie, niewiele trzeba by wyróżniać się na tle tych co pod przykrywką swoich poglądów szerzą mowę nienawiści, by za chwilę zniknąć z oczu w zmowie milczenia. Wiele z naszych adresatorów to wrażliwi ludzie. Od kiedy post liczył się bardziej od czyichś uczuć?
Istnieją pewne hipotezy, według, których w dobie nadchodzącego postępu technologia będzie wstanie bez pomocy zewnętrznego świata wytworzyć u nas syntetyczne emocje i wrażenia. Choć to nieco pesymistyczne, nie trzeba mieć implantu w czaszce, by taki stwór lub pupil jak Facebook pompował w nas natłok emocji. Na pewno ktoś kto niedawno otrząsnał się po wielkim wstrząsie życiowym, przesunie o północy swoją dłoń po zdjęciu swojej sympatii… i zapłacze pod Gibsonowskim niebiem o barwie monitora. Być może ktoś lubi tę książką na Facebooku, co widzi każdy, ale nie podzieli się tym z nikim nawet w miłej atmosferze rozmowy. Dlaczego? Nie oceniam, nie wiem i nie podsuwam żadnych sugestii. Zestawienie naszego wyobrażenia danej osoby z jej publicznym profilem jest tak samo rozmyte jak sama ona i nasze rozumienie ludzkiej natury.
Czy coś lubimy lub komentujemy bo zależy nam na kreowaniu wizerunku w sieci czy może lubujemy się w dzieleniu swoimi się zainteresowaniami, komentarzami i opiniami? Dlaczego brak mi czasu by przeczytać tekst na Racjonaliście a słucham po raz wtóry utworu, który udostępnił mi mój znajomy? Może to nie gorszy dzień lub nastrój, a ewolucja. Potencjał, który kiedyś zachęciłby mnie do poznawiania plotek i nowości pozwalających mi przeżyć wśród osób czyhających na moją śmierć został zamieniony w nawyk rolkowania. Wszystkie twoje zainteresowania, urodziny córki i zauktualizowany związek tak jak ten tekst wyląduje na czyjejś tablicy. Tuż pod wypiętym tyłkiem Kim Kardashian.