Możemy mieć swoje prawa, wolność słowa oraz narodowość, ale dopiero podczas dyskusji czujemy się obywatelami świata. Przypomina się paradoks Fermiego. To doskonały przykład tego, jak poszukiwanie odpowiedzi zainspirowało szeroką społeczność do sformułowania aż tylu hipotez, że któraś z nich w końcu musi okazać się prawdziwa. Wszystko to w wyniku prozaicznej dyskusji przy kawie „Skoro obcy istnieją, dlaczego ich nie słychać?„. Na dane pytanie możesz nie mieć rozstrzygającej odpowiedzi, a to właśnie przykładna rozmowa sprawia, że lepiej znasz problematykę pewnych zagadnień. […] Dyskusja o tym, co dobre, co jest piękne, wzniosłe czyste i prawdziwe nie powinna się nigdy zakończyć. Dlaczego? Ponieważ to jedyna dyskusja, jaką warto prowadzić”. Są to słowa Christopher’a Hitchens’a, powiedział to jako autor książki „bóg nie jest wielki. Religia źródło wielkiego zła” i człowiek, który w sposób bezpardonowy i często żartobliwy starał się rozprawić z czyimś wierzeniami, co może budzić u niektórych niesmak. Ilustruje to, jakim trudnym tematem jest dyskusja, bo nawet sama jej forma jest dyskusyjna.
Celem dyskursu jest w założeniu przekonanie oponenta do swoich racji lub zmiana swoich poglądów. Kto się jednak łudzi? Jako dziecko dziwiłem się rozmowom widzianymi przeze mnie w telewizji. Jak to możliwe, że nikt nie zmienił swoich racji przed publicznością, przecież po to właśnie się rozmawia? Wyjaśnienie jest proste. Ludzie są na tyle utożsamieni ze swymi ideami, że ich zmiana wywołałaby u nich dysonans poznawczy. Nie byłem tak mądry, jak myślałem i myliłem się przez całe życie. O gustach się nie dyskutuje, poglądy też mogą być kwestią gustu.
Nikt nie spodziewa się Janusza-Korwina Mikke przechodzącego na socjal liberalizm, youtubowego krytyka Nostalgię Critic’a lubiącego „The Room”, ani nawróconego ateisty. Przepraszam, o tym akurat słyszy się często. Poczuliście ten lekki dreszczyk emocji? Chodziło mi o to, że religia jest bardziej przekonywająca, czy może o to, że nikt nie nagłaśnia przypadków ludzi, którzy stracili wiarę? Obie interpretacje byłyby w tym miejscu logiczne. W konsekwencji, gdybym powiedział to w jakimś gronie osób, naraziłbym się na oburzenie, jak i poklaski a nikt tak naprawdę nie wiedziałby, co mam na myśli. Dlatego moim zdaniem należy unikać dwuznacznych wyrażeń.
Pociągnijmy wątek wypowiedzi nacechowanych emocjonalnie nieco dalej. Podam przykład dwóch skrajnych komunikatów.
„W mojej opinii nie ma żadnej dowiedzionej w warunkach eksperymentalnych statystycznie znaczącej korelacji między interpretacją gwiazd i numerologią a wyższym odsetkiem osób uleczonych z depresji. Te przypadki są wynikiem efektu placebo oraz dostrzegania nieistniejących związków przyczynowo-skutkowych. Interesuje mnie procent błędów, a nie trafień, ponieważ tylko tak można wyróżnić poprawnie skwalifikowane metody leczenia”.
„Uważam, że psychologia alternatywna jest tworzona przez rzeszę ignorantów i oszustów narażających ludzi z depresją na cierpienia. Ta pseudonauka stanowi potwarz dla nauki, ukazuje osobowość człowieka jako prostą i godzącą w jej godność i piękno. Co to za absurd uważać, że nasze problemy nie są zapisane w mózgu, problemach z dzieciństwa oraz podświadomych lękach, a w gwiazdach i cyferkach”
Oba komunikaty w pełni oddają moje poglądy. W uproszczeniu mówią one przecież, że nie wierzę w psychologię alternatywną, bo nie jest dowiedziona przez naukę. Można by również z łatwością wydedukować, że skoro jest to dla mnie efekt placebo, to myślę również, że zwolennicy tej psychologii to ignoranci. Mimo to, nic nie zmienia oczywistego faktu, że te dwie wypowiedzi budzą inną reakcję. Pierwsza z nich jest zbyt sucha. Mogłaby ona zginąć w emocjonalnym szumie pozostawianym przez mojego oponenta na długo w atmosferze ferworu dyskusji. Nie budzi ciekawości, nie zwraca uwagi. W dodatku chłód płynący z moich ust można byłoby łatwo podpiąć pod niewrażliwość i znieczulicę. Ścisłe rozumienia budzi niepotrzebne skojarzenie z „ograniczony”. Natomiast drugi komunikat jest zbyt napuszony emocjonalnie. Mówi on o moich poglądach, ale nie zawiera żadnej argumentacji. Bardzo prawdopodobne, że sprowadziłoby to dyskurs na niski poziom. Zarzucono by mi, że nie obchodzi mnie problem depresji, i oceniam ludzi jako głupich, przypisując im złe intencje. Racja są oni według mnie głupi, ale tylko w zakresie swoich konkretnych poglądów. Powiedziałem, że oszukują, ale nie powiedziałem, że świadomie. Zbyt dużo emocji budzi zbędne konotacje skojarzeniowe całkowicie zbędne w dyskusji. Nie interesują mnie ci ludzie, a ich opinie. Użyteczna wypowiedz, pełna gracji, błyskotliwości, argumentacji oraz pobudzająca do refleksji powinna mieć w moim odczuciu zachowany balans pomiędzy tymi skrajnościami. Jak to sobie wyobrażam?
„Depresja to jedna najgroźniejszych chorób cywilizacyjnych. Dlatego jestem absolutnie przekonany, że powinna być ona domeną świadomej weryfikacji dowodów”.
Krótka wypowiedz, ale najbardziej treściwa. Zaznaczyłem, że owa choroba to ważny i podniosły problem, więc nie można mi zarzucić znieczulicy. Hiperbolizacja stopnia mojego przekonania, dając wydźwięk emocjonalny, przykuwa uwagę odbiorców. Nie daje przy tym pola manewru dla skierowania rozmowy na czysto emocjonalny ton. Co uważam za świadomą weryfikację dowodów? Oponent, żeby mnie zbić z tropu, musi słuchać dalej. Jak oceniam numerologów? Właśnie przez te oba składniki moja ocena pojawia się w głowie rozmówcy sama z siebie przez moją sugestię. Przy tym oponent nie może tego z taką łatwością wyciągnąć na wierzch, bo nie ma takiej jawnej potrzeby.
Oczywiście jest to tylko jedna z propozycji. Wydźwięk formy wypowiedzi zależy od tego naszych celów. Znany jest mi przykład Jana Hartmana profesora filozofii Uniwersytetu Jagielońskiego. Gdyby przełożyć ilość treści na ilość słów w jego pracach to ze względu na swoją metaforyczność, teksty te są niemal krystaliczne. Samemu trudno jest mi zrozumieć jego akademickie prace. Natomiast styl jego wypowiedzi o niektórych sprawach polityczno-społecznych, przy których doznaje „moralnego oburzenia”, sprawia, że często jest kierowane pytanie do Hartmana w stylu „Czy to język przysługuje profesorowi, czy może raczej żulowi spod sklepu„. Styl wypowiedzi zależy przede wszystkim od tego, co chcemy osiągnąć, jak i naszych indywidualnych potrzeb. Emocje i rzeczowa argumentacja mogą się ze sobą mieszać na tyle różnych sposobów, że to rozróżnienie może się czasem okazać zupełnie nieadekwatnie. Nie wiem, jaki jest złoty środek, by zjednać w sobie słuchaczy żądnych patosu oraz kontrowersji i tych, których oczekują czysto rzeczowych wypowiedzi. Wiem za to ich na pewno nie prowadzić.
Zacznijmy od tego, co na retoryki absurdalności siedzi na tronie, czyli argumentu ad hitlerium. Jest sposób przekonywania, który polega na ukazaniu związku z postacią Adolfa Hitlera. Wyjaśnijmy sobie jak bardzo niepomysłowy, jest to argument. (To ta emocjonalna część jak zauważyliście). Pewien pisarz i adwokat doznał niemałego zdziwienia, przeglądając fora internetowe. Hitler niezależnie poruszanego okresu historycznego i kontekstu był najczęściej przywoływanym nazwiskiem we wszelkich dyskusjach internetowych. Ów pisarz to Mike Godwin i sformułował on następujące prawo nazwane jego nazwiskiem.:
„Wraz z trwaniem dyskusji w Internecie prawdopodobieństwo użycia porównania, w którym występuje nazizm bądź Hitler, dąży do 1”
Co oznacza, że prędzej czy później wystąpi ono na pewno. Prawo co prawda humorystyczne, ale niestety tak bardzo prawdziwe w przypadku np. na posiedzeniach sejmowych zawłaszcza w przypadku wspomnianego wcześniej Korwina. Jeśli ktoś posługuję się Hitlerem, by wzbudzić wstręt do swojego dyskutanta, to najwidoczniej nie jest on lepszy od najzwyklejszego hejtera internetowego.
Czy ma to jednak odrobinę sensu? Oczywiście, że nie! Hitler jak chciał zawojować świat, też widział w tym sens. Przede wszystkim zapytajmy sami siebie. Skoro jest jakaś prawda (pomijam fakty historyczne) to, czy jest ona zależna, od tego, kto ją głosił, a w dodatku, czy jeśli coś jest zasadne, prawdziwe to ad hitlerium jest jedynym sposobem, aby to wykazać? Nie wydaję mi się i choć można, by na tym zakończyć, to nie mogę tutaj, nie wspomnieć o nauce (Ach. Gdzie się u mnie ona przecież nie pojawi?) Jednej z podstawowych zasad, których nie można pominąć, gdy chcemy coś rozstrzygnąć, jest:
Korelacja nie oznacza przyczynowość.
Jeśli czynnik A i B wystąpiły ze sobą, wspólnie to nie oznacza, że jedno jest przyczyną drugiego, bo mógł wystąpić jeszcze czynnik C. Jeśli boli mnie głowa i w pokoju jest duszno, to niekoniecznie czuję się niedobrze, bo brak mi powietrza, może to, dlatego że wypaliłem dziś pół paczki papierosów. Odnosząc się do eugeniki (pseudonauki, która polega na tworzeniu rasy panów) nie jest ona wynikiem idei ewolucji i teorii Nietzschego, ale ich niezrozumienia i próbą racjonalizacji antysemityzmu. Jedna stawia na różnorodność wewnątrz gatunkową, druga jest zbyt niejednoznaczna, by można było ją podciągnąć pod eugeniką. Znakomicie moim zdaniem ujął to aktor i komik Ricki Garvais w jednym ze swoich skeczy.(nie mogę chwilowo znaleźć tego filmiku) Jeśli marzeniem tego człowieka było wzbudzanie nienawiści, niezależnie od podejmowanego tematu to nie spełniajmy tego marzenia. Czas odłożyć historię do historii.
Z pewnością zdarzyło się niektórym ludziom mieć naprawdę dużą wiedzę w danym zakresie, a wyglądali na ignorantów wśród ludzi, gdy ktoś powiedział słynne: Co ty możesz wiedzieć? Nie znasz życia. Można być mistrzem ekonomii, a ktoś zbije nas na głowę tym, że nie przeżyliśmy komuny. Jest to naprawdę mocny, jeśli jest się starszym i ma się wąsy, grube brwi i donośny ton. Jeśli jest się nastolatkiem to widocznie mamy problem. Argument z doświadczenia ma kilka problemów. Różni ludzie z tych samych doświadczeń wyciągają różne wnioski, jak rozstrzygnąć, jakie są poprawne? Zasadność naszych osądów nie zależy od nasilenia się naszych emocji. Ile dokładnie trzeba mieć lat, by być kompetentnym wypowiadaniu się na jakiś temat? Może przeczytałeś dużo książek? Super. Jakich? Czy czytałeś tylko te, które potwierdzają twoje zdanie? Skąd mam wiedzieć, że autorzy wiedzą, o czym piszą. Nie wykluczone, że czytałeś bez zrozumienia. Czy nie prościej byłoby powiedzieć, co ci autorzy napisali? Łączy to się z przytaczaniem autorytetów. Jak wskazał mój, na razie ulubiony filozof Bertrand Russel na każdy autorytet można odpowiedzieć innym autorytetem. Czy sztuczna inteligencja może okazać się niebezpieczna? Po co zagłębiać się w informatykę, futurologię i teorię umysłu skoro prościej jest porównać liczbę naukowych autorytetów? Gdybym podał, wystarczająco dużo autorytetów mógłbym, udowodnić każdą opinię. Powiem, co myślał Daniken i pokaże, że Ziemia była odwiedzana przez obcych. Przytoczę Rogera de Lafforesta i udowodnię, że domy mają świadomość i intencje. Można sobie tylko wyobrazić, co by było, gdyby Albert Einstein zamiast ukazania swoich skomplikowanych wyliczeń, po prostu by powiedział: Uważam, że czas jest względny, a Wszechświat ma cztery wymiary i mam rację, bo wcześniej dostałem Nobla. Wierzcie mi to powalająco niski poziom rozmowy, gdy nie polegamy na swojej wiedzy, a przytaczamy autorytety. Nie rozmawiamy wtedy o właściwym temacie, a o tym, co myśleli konkretni ludzie. W dyskusji nie ma znaczenia co myśli dana osoba, liczy się tylko to, z jakiego powodu tak uważała.
Nie można również pominąć, że nie należy za bardzo dominować w dyskusji nie obśmiewać i nie peszyć. Nie chodzi mi w tym miejscu o kulturę osobistą, bo to temat na inną dyskusję. Każdy z nas, a przynajmniej większość ma poczucie, że ma to jedno zdanie, które dosłownie zje oponenta. Szczerze przyznam często się na tym łapę. Ktoś uważa, że kuchnia azjatycka jest o wiele zdrowsza niż europejska? Nazwij go grubasem lub nie daj mu dojść do słowa, przyćmiewając go statystykami. Kiedy już zdobędziesz podziw u słuchaczy, pokaż, jaki jesteś łaskawy i otwarty: „No powiedz, co chciałeś powiedzieć, wszyscy czekamy”. W sposób jak najbardziej arogancki i machinalny, aby odczuł na sobie tę presję, która oczywiście powinna być tylko jego udziałem. Wcale nie wygrałeś. Nie udowodniłeś mu, że masz rację, ale tylko to potrafiłeś go zawstydzić i odebrać śmiałość. Obśmiany wielbiciel sushi dobija swoje sake i wychodzi w milczeniu z twarzą mnicha. „Gdybym tylko to powiedział, zjadłbym go jak krewetkę na śniadanie.”
Nie wspomniałem tu o jeszcze jednym motywie prowadzenia dyskusji. Jest to kreacja swojego wizerunku i prawdziwego obrazu swoich poglądów. Można to dostrzec na przykładzie dyskusji o ewolucji. Kreacjoniści wypaczają sens darwinizmu, a ewolucjoniści muszą stale prostować ich wypowiedzi, aby nie zdołali wprowadzić błąd słuchaczy. Czy jest jakikolwiek sens rozmawiać, jeśli prędzej, czy później okaże się, że ludzie szybciej przypomną Ci Hitlera niż wielkich odkrywców? Czy warto dyskutować w świecie, w którym bardziej zwraca się uwagę na to, kim jesteś niż na to, co mówisz? Czy warto, jeśli nie mamy w sobie tyle odwagi? Oczywiście, że warto. Bo jeśli nie ty, to ten absurdalny świat dojdzie do głosu. Może ktoś jest fundamentalistą, ale w następnych rozmowach nie będzie już taki pewny swego, bo pokaże się mu, że rozmowa z tobą nie jest taka łatwa, jak pokazały to jego autorytety. Jeśli nie on to, ci, którzy go słuchają. Jeśli ty nie pokażesz, co myślisz, inny to pokaże i obiorą prawdziwy obraz tego, kim naprawdę jesteś. Ja bardzo lubię dyskutować, być może nie zawsze potrzebnie. Kto wie, a może się mylę.
*
Przykład ciekawej dyskusji
3 myśli nt. „Dyskusja.”
Ktoś do końca doczytał? Dyskusyjna sprawa 🙂
no właśnie, trudno dotrwać do końca Kamil. Może spróbuj krócej i o czymś.
Jest swietnie stary, naprawde genialnie napisane, ale od polowy traci sie uwage. Sprobuj gotowe posty dzielic na kilka wpisow po powiedzmy 3-4 akapity, dawac mniej cytatow, lub krotsze. Zyskasz ma milosc. Pozdrawiam i czekam na wiecej… ale w mniejszych porcjach.