Wakacje. Tyle bib do przebawienia, tyle koncertów do zobaczenia, tyle wycieczek do przejechania. Czego jeszcze może brakować? Pieniędzy małe ciapy!
Poszedłem więc na zbieranie czereśni. Choć to nie był lot na księżyc to tempo musiało być nie mniej ekspresowe. Należało przebić się przez atmosferę niepewności jaka panuje podczas pierwszego dnia w pracy, a następnie jednym impulsem nadać właściwą prędkość pędu by dalej działał nie mój mózg z przegranymi obwodami, ale siła bezwładności. Obrałem sobie właśnie taki cel bo mój długi uwikłany w roztargnienie mózg nie umniejszył w tej chwili mojej wartości pieniądza.
Czy przy tej sposobności dziwi kogokolwiek to, że do pierwszego drzewa z czereśniami dobrałem się niecierpliwie jak Jeremy Clarkson do porshe? Wrzucałem czereśnie do wiadra z częstotliwością równą uderzeń perkusji w tich and leches, a w tle słyszałem czyjeś głosy jakie to owoce są dobre, a jakich zbierać nie należy. Oni na drzewach widzieli czereśnie, a ja pięciozłotówki. Podeszła do mnie pani która prowadziła ten deal i zwróciła mi uwagę, że coś robię stanowczo nie tak.
Istniały dla mnie dwa rodzaje czereśni, małe smętne pierdziołki oraz te chore na gigantyzm ciemnie niemal jak ziarnka kawy, nic pomiędzy. Tej pani chodziło o to bym omijał to właśnie szerokie, wielkie pomiędzy. Poczułem się jak bym stanął w gromadzie przedszkolaków i miał odróżnić wśród nich te które mają dokładnie 4 lata. Wiem o czym mówię, nie tak dawno byłem w przedszkolu wszystkie dzieci były roześmiane i ciekawskie jednak akurat gdy wszedłem jedno z nich zaczęło płakać i płakało przez całe następne 15 minut, czy ja wyglądam, aż tak strasznie?
Często ktoś mnie pyta: Co taki blady dziś jestem. Czy ja wyglądam jak wampir? Zapytałem sam siebie w duchu stojąc przed przed kiścią owoców, będąc wyobcowany jak dziurawa skarpetka w szafie. Co powiedziałbym płaczącym czereśniom, tym co w wyniku swojej słodkiej natury mają potencjał by stać szczęśliwymi adsorbentami nudy w wieczornym eterze domowych seansów Amelii jednak skończą rozdeptane na trawniku. Zrywałem dalej i dyskretnie mierzyłem panią wzrokiem.
Czy pani wie w jaką kontuzję mnie pani wprowadziła wyłaniając moją szkolną traumę? Wie pani, że ja jestem znawcą ciach? Dla pani istnieją dwa rodzaje ciastek te słodkie i te gorzkie jak kawa z 24O mln ziarenek którą zrobiłem pośpiechu szykując się na mój ostatni dzień szkoły. Co by było gdybym pani kazał zbierać ciacha i omijać to coś pomiędzy?
Oczywiście nie wypowiedziałem żadnych z tych słów wystawił bym siebie na bezpardonową ripostę: Ciastka nie rosną na drzewach.
Czy na pewno? Mówiąc, że ciacha nie rosną na drzewach ograniczamy się tylko do znanego uniwersum, jednak według wieloświatowej interpretacji mechaniki kwantowej istnieje ich nieskończenie wiele. Za każdym razem gdy mówimy, że coś nie jest możliwe ograniczamy się tylko naszej Drogi Mlecznej ponieważ w nieskończonym bezmiarze o szerokim spektrum skorelowanych ze sobą uniwersach w których każde może zawierać inne prawa fizyki wszystko jest możliwe. Ciastka rosną na drzewach. Jeśli ciastka są wyznacznikiem luksusu, jak wyglądałby nasz świat gdyby każdy mógłby sobie zerwać ciastko Królowej Saby z drzewa. Czy ktoś by się przejmował wtedy pieniędzmi? Może ciacha tak jak kawa byłyby tam system płatniczym, jakby się wtedy czuliby się ludzie gdyby ponadawano by im 200 $ na talerzu i czy wobec tego nadal by były takie pyszne? Czy istnieje gdzieś Kamil który zbiera ciacha, aby zarobić na czereśnie?
Tego typu myśli przewijały mi się przez głowę. Czereśnie już dawno zdążyły się się zawęzić do groszy, a dłonie miałem jak dwie ciepłe kluski. Czułem się jak Struś Pędziwiatr któremu przy starcie w olimpiadzie szyszka utknęła między pazurami. Nadal nie umiem dobrze rozróżniać czereśni. Rozlewam kawę, przynoszę herbatę zamiast cukru i włosy wpadają w płatki. Gdzieś istnieją pewnie drzewa z kremówkami. O wiele bardziej byłoby dziwnie w świecie w którym wszyscy odróżniają pierdziołki od zeppelinów i od czasu do czasu jakiś kapeć nie wyląduje na żyrandolu. Żyjemy w tym jednym, jedynym świecie w którym mimo to zarobiłem trochę hajsu i kończę felieton. Wszyscy którzy na mnie narzekacie, w tej właśnie chwili spotka was moja słodka zemsta, to będzie najgorsza z możliwych tortur. Zawstydzę Kubę Rozpruwacza. Pocałujcie mnie mój upudrowany nos. Zjem ciacho na waszych oczach!
Jedna myśl nt. „Wakacje”
Ciśnij dalej i nie odpuszczaj. 🙂