Przyjąłem kiedyś koncepcje człowieka jako naukowca w fizyce. Niespełnionym marzeniem Alberta Einsteina było, to aby zweryfikować jedną wspólną Teorię Wszystkiego. Teorię właśnie taką, która zunifikowałaby, każdą rzecz obserwowaną we Wszechświecie. Wyłonienie tej teorii jest jednym ważniejszych, jeśli nie najważniejszym problemem problem we współczesnej nauce. Wyobraźcie sobie, jak ogromne znaczenie miałaby Teoria Wszystkiego. Czy to nie byłoby niesamowite, gdyby udało wszystkim znanym ewenementom nadać jeden wspólny mianownik? Co byłoby, gdyby wszystkim rzeczom od powstania wszechświata po jego kres, od atomów i światła po powstanie gwiazd, od grawitacji aż po czarne dziury udałoby się objąć w jedną ramę wynikającej z tej samej podstawowej jedynej rzeczy? Wówczas wiedzielibyśmy, czym dokładnie jest Świat.
Czy taka właśnie idea nie przyświeca nam wszystkim? W końcu rodzimy się w świecie wielkich pytań. Jakie znaczenie ma nasze życie? Czy istnieje Bóg? Czym jest szczęście? Jak rozstrzygać wartość ludzi? Jak sklasyfikować moralne postępowanie? Co jest mądrość? Jakie jest nasze powołanie? Co sprawia nam radość? Kim jesteśmy? Próby rozstrzygnięcia tych kwestii są już widoczne w starożytności lub nawet od rozpoczęcia się samej historii. Te pytania stanowiły wyzwanie (uwaga truizm!) dla największych umysłów tego Świata. Mamy dorobek kultury (od narodzin Grecji, subiektywny, wybór, sugerowałem się tym, że Grecja właśnie ukształtowała dzisiejszy obraz Europy) liczący sobie w przybliżeniu 2700 lat. To sprawia, że w zbiorze ogółu myśli, odpowiedzi na kluczowe pytania są o wiele bardziej ukształtowane niż kiedyś, ale również o wiele bardziej zawiłe. Jesteśmy pozostawiani całkowicie z tym niedającym się w pełni pojąć misterium. Jest jeszcze religia, ale w końcu do nas należy wybór czy obrać sobie opiekuna.
To może budzić w nas pewien niepokój. Jak ukształtować sobie klarowny obraz, a jednocześnie nie zachować się jak ignorant? A przecież, to właśnie jest gwarantem wewnętrznego spokoju. Niewiedza budzi niepewność. Tu należy obrać rolę naukowca poszukującego Teorii Wszystkiego. W końcu chcemy poznać kwestie zewnętrzne tyczące się światopoglądu, Świata i sensu życia oraz wewnętrzne, tyczące się nas samych, czyli jaka jest nasza natura. (włączając to takie prozaiczne zagadnienia, jak to, czy chcemy zdecydować się na małżeństwo, czy zostać singlem). Gdy rozstrzygniemy te dwie kwestie, osiągamy pewność, w postaci zgrabnej, osobistej filozofii. Zachowując się jak naukowiec, stający w ogniu pytań, musimy się odznaczać krytycyzmem myślowym. Naukowiec szczerze poszukując odpowiedzi, stale zdaje sobie sprawę z tego, że jest ograniczony (mając na uwadze to, że nawet nie wie jak bardzo) dlatego właśnie stosuje odpowiednią metodologię. Analizuje, zachowując bezstronność, nie przyjmuje pierwszej lepszej hipotezy, która jest dla niego wygodna. Naukowiec wie, że choćby krzyczał, wyrywał włosy z głowy i bił głową w ścianę, nie zmieni stanu rzeczy, toteż nie zachowuje się, jakby to miało miejsce. Na podstawie falsyfikacji teorii stara się zawsze podchodzić do pewnych idei z pewną dozą sceptycyzmu. Badacza nie interesują pseudonauki, które zuchwale głoszą, że pojęły prawdę, bez najmniejszego nawet pokrycia w rzeczywistości. Pokorny, ale pewny siebie. Dociekliwy, ale pytający z sensem. Tępiący nonsens bez pardonu, ale nie popadający w fundamentalizm. Nawet rozglądając się wokół z miną profesora nauk, zawsze ustępuje miejsca tym, którzy mają większe kompetencje od niego. Wszechstronny, ale zawsze łaknący więcej wiedzy. Oto właśnie mój idealny człowiek.
Teraz spójrzcie na przeciętnego człowieka. Na jego wnikliwą wiedzą o ludziach zaczerpniętą z piwnych spotkań przy kiełbasie. Na jego miłość w postaci oglądania komedii romantycznych osobą, z którą rozmowy ograniczają się do przewijania pieluch własnych dzieci. Na jego światopogląd, oparty nie na beletrystyce literatury światowej, ale na rozmowach wzburzonych polityków, których to argumentami są ich własne emocje, niczym żywcem wyjęte z „Dnia Świra„. Zobaczcie jak zgrywanie sobie nowej pylasty disco polo, zastępuje mu sztukę, Morrisona, Kaczmarskiego, koncerty i wyjazdy do teatru. Przyjrzyjcie się dokładnie na to, jak wasze wieczorne przechadzki z przyjaciółmi, są zamknięte w jego smętnych krokach przy powrotach z Biedronki. Wytrzęście oczy na jego zuchwałą minę „Jestem człowiek prosty, ale nie przeszkadza mi to, aby z twarzą filozofa pogardzać, wszystkim, z czym się nie zgadzam” Ogarnijcie wzrokiem jego wymarzone życie. Nie każdy motyl chce uciec ze swojego kokonu. Nie pragnąc i nie poszukując niczego, wyśmieją wasze życie. Jeśli okażecie, że nie macie jeszcze określonego zdania, on weźmie to za przejaw ignorancji i braku szacunku. Spójrzcie na przeciętnego człowieka, to on poznał Teorię Wszystkiego.
Większość ludzi uważa się za w pełni ukształtowanych. Jeśli uznać się za człowieka niewymagającego dalszego rozwoju wówczas nie ma motywacji do dalszych poszukiwań. Kto się uważa z reguły za w pełni nieukształtowanych? Właśnie nastolatkowie. Pamiętam, jak chciałem, sobie skrócić, włosy po ukończeniu serialu Breaking Bad. Jak nie spałem w nocy, słuchając rankingu 500 najlepszych albumów wszech czasów według magazynu Rolling Stone. Jak z utęsknieniem wyczekiwałem koncertu The Cure, by w końcu tańczyć na nim jak szalony. Jak zaczytywałem się w Lovecrafta, z nutą satysfakcji „wiem teraz, co lubię, muszę sobie kiedyś pomalować twarz na czarno” Jak zachodziłem w głowę, kim jestem i próbowałem rozstrzygnąć, czy być miłym i wybaczającym, czy chłodnym i wyrafinowanym. To jest właśnie syndrom wieku nastoletniego. Aktywne przeżywanie twórczości innych, tego, jak „ugryźć życie” oraz relacji. Niektórzy są tacy, ponieważ pragną całkowitego spokoju. Ja go nie chcę. William Blake powiedział „Jeśli percepcji byłyby otwarte, wówczas wszystko ukazałoby się takim, jakim jest, nieskończone” widocznie nie wszyscy chcą na nie patrzeć, zazwyczaj ludzie wolą pozostać w swoich szczerych ścianach i udawać, że ich nie ma. Nie znam jeszcze dokładnie poglądów Nietzezsche’go, ale w jednym na pewno się z nim zgodzę. Cierpienie jest dobre. Zaznaczę Cierpienie w szerokim znaczeniu włącznie z niepewnością tęsknotą i niepokojem. Zaznaczę o to, że nie chodzi mi tutaj o to, by świadomie zadawać sobie ból, lub że stopień cierpienia wartościuje ludzi. Chodzi raczej o jego inteligentne przeżywanie. Chcę ciągle żyć ze świadomością, że nie wiem jeszcze wszystkiego, aby mnie osaczał ogrom Świata. Chcę okrywać, wciąż przeżywając w sobie wewnętrzne konflikty. Życie (ujmując to w nieco chemicznej analogii) to stan nierównowagi, a stagnacja oznacza śmierć. Co zrobić, aby utrzymać się przy życiu? Trzeba mieć coś w sobie z nastolatka.
Ps.
Nie sugeruje, że nie można mieć określonych poglądów. Sam mam pewną Teorię Wszystkiego, ale nie zupełną.
3 myśli nt. „Syndrom Nastoletni”
Tekst świetny, chociaż pojawiła się duża ilość literówek i błędów typu „t9” (zamiana wyrazu). Zadziwiający jest fakt, że w krótkich odstępach czasu dopadają nas bardzo podobne przemyślenia. Znając osobiście autora bloga odczuwam satysfakcję bycia „przeżywającym świadomie”. Gorąco pozdrawiam!
I tak i nie.
Nie jestem nastolatką, jednak nie czuję się całkowicie ukształtowana, kształtuję się cały czas, ciągle ewoluuję i to nigdy się nie skończy, a przynajmniej taką mam nadzieję 🙂
Ciekawy tekst, nieco rozbudowany, ale wyłożyłeś o co Ci chodziło 🙂 Nitchego polecam koniecznie:)
Świetny tekst, potrafisz przemówić do człowieka, bardzo przyjemnie się czyta ?